Wstydliwe (nie)czytanie

Czytania nie da się ukryć. W torebce? Książka. W samochodzie? Książka. Przy łóżku? Stos książek. Dzwoni przyjaciółka i rozpoczyna pytaniem; co robisz? Czytam. Giniesz na zakupach ze swoim facetem. Gdzie Cię szuka? W księgarni. Właściwie dlaczego czytanie ukrywać? Przez społeczeństwo postrzegane jest pozytywnie. Od najmłodszych lat wpaja się nam, że czynność ta niesie same korzyści. Niekwestionowane dobro.

W porządku, Twoi znajomi i rodzina wiedzą, że czytasz. Moi też. Na spotkaniach towarzyskich często pojawia się temat literatury. W tym momencie zaczynam czuć się niepewnie; wiercę się, jakby mi niewygodnie, może to czas żeby wyjść do toalety? Setka myśli. Teraz przypominam sobie, że już kiedyś się tak czułam. Trzecia klasa gimnazjum – chemia. Pytanie wisi w powietrzu jak w roztworze nasyconym. Nie zamierza, nie może po prostu się rozpuścić. Rozmowa rozwija się:

A: – Czytałam ostatnio „Dziewczynę z pociągu”. Po prostu rewelacja! Trzyma w napięciu.

B: – Tak, czytałam, że to świetna książka. Pożyczysz?

A: – Izo, a co ty o niej sądzisz? – w końcu pada pytanie, niczym  „27, do odpowiedzi” na wspomnianej lekcji chemii.

I: – Nie wiem, nie czytałam. – odpowiadam zgodnie z prawdą.

(Po krótkiej ciszy.)

C: – Nie dziwie się. Też nie lubię thrillerów. Za to „Zanim się pojawiłeś”… Każdy powinien to przeczytać! Wciągnęła mnie na cały wieczór.

 

Oczywiście hiperbolizuje. Zmyślam nawet i przy pisaniu posiłkowałam się wiedzą czerpaną ze strony empiku (100 najlepiej sprzedających się książek w empik.com). Jednak sytuacje takie jak ta opisana przeze mnie, zdarzają mi się bardzo często. Nie mam na myśli różnic w czytelniczych gustach. Nie nawykłam do krytykowania literackich wyborów innych. O co więc chodzi?

Należy zdać sobie sprawę z tego, że każda historia czytania (wszystkie tytuły przeczytane przez osobę) jest tak naprawdę historią nie-czytania[1]. Ktoś na pewno postawił sobie pytanie: ile nowych książek jest wydawanych w każdym roku? Być może znalazł nawet precyzyjną odpowiedź. Mi wystarczy taka: ogrom. Idąc dalej: ogrom + wszystko co zostało wydane wcześniej = nieprzebrane morze tekstu. Więc, nawet jeśli optymistycznie założę, że czytam rocznie 1% nieprzebranego morza tekstu – zostaje 99%. Co rok powiększając się o ogrom. Nieważne ile czytasz – i tak nie jesteś w stanie zapoznać się ze wszystkim. Nawet jeżeli czytasz wyłącznie fantastykę czy reportaże.

Przygnębiające? Niekoniecznie. Warto uświadomić sobie, że czytanie niesie ogromną korzyść, którą często pomija się w artykułach pt.: „Korzyści płynące z czytania książek”. Co to takiego? Swego rodzaju orientacja:

„(…) kultura to przede wszystkim kwestia orientacji. Człowiek wykształcony to nie ten, który przeczytał taką czy inną książkę, ale ten, który potrafi poruszać się wśród wszystkich, który wie, że tworzą one pewną całość, i jest w stanie określić miejsce każdego elementu tej całości w stosunku do pozostałych.”[2]

Brzmi skomplikowanie. Na szczęście w praktyce nie jest. Każdy kto na studiach był zmuszony do zdawania egzaminów w formie ustnej, opanował tę technikę doskonale.

Profesor: – Co może mi Pani powiedzieć o metafizycznej poezji Konstancji Benisławskiej?

X: [*^$#@!?!? Ja #&%#@!]

– Konstancja Benisławska była polską poetką oświeceniową, autorką Pieśni sobie śpiewanych, wydanych w Wilnie w 1776 roku. Tom był podzielony na trzy części … [Tutaj kilka suchych faktów o źródłach inspiracji, o wykraczaniu poza ramy oświecenia – najkrócej mówiąc: wszystko co wiem. Co dalej?] Była Tworzyła lirykę w nurcie mistyki oblubieńczej i oczywiście – metafizyki. Utwory jej autorstwa nie posiadały jednak tak wyraźnego rysu metafizycznego, jaki noszą w sobie utwory Sępa Szarzyńskiego, który… [Tu następuje potok słów, bo z Sępa przygotowałam się znakomicie.]

 

Cóż, nie sympatyzowałam z poezją Benisławskiej i do tej pory dziwie się jak można to robić, ale dzięki pobieżnej znajomości  dzieła, tła historycznoliterackiego i twórczości innych poetów udało mi się wybrnąć. Oczywiście prowadzący nie ocenił tej odpowiedzi na pięć, ale egzamin został zaliczony. Na przyzwoitą ocenę.

Niemniej, widzę wyraźną różnicę między sytuacją przystąpienia do egzaminu, a rozmową towarzyską. W tej drugiej nie muszę niczego udowadniać. Nawet nie czuję potrzeby. Po prostu: nie czytałam. Mogłabym się dyskutować szukając analogii (lub stawiać je w opozycji)  do innych dzieł, ale właściwie po co? Odwołując się do początku tekstu i kwestii nie-czytania: uświadomienie sobie faktu, że nie jesteśmy w stanie (nawet poświęcając temu życie) przeczytać wszystkiego – wyzwala. Nie wiem skąd bierze się w niektórych chęć wypowiadania się na każdy temat i pozowania na znawcę tematu. Z drugiej strony: dlaczego osadzeni w roli specjalisty tak rzadko pozwalamy sobie na szczere wyznanie „nie czytałam”? Być może to chęć sprostania społecznym oczekiwaniom, a może kwestia ambicji. Co ciekawe z przyznaniem do nie-czytania nie mają najmniejszego problemu nieczytający w ogóle (którzy, według statystyk, stanowią 60 % Polaków).

Myślę też, że niektórzy wolą błądzić podobnie jak ja na egzaminie w obawie przed faktem, że przyznanie się do nieczytania utnie rozmowę i spotkanie popadnie w impas . Z moich doświadczeń wynika coś zupełnie odwrotnego! Rozmówcy zapytani o ich wrażenia z lektury, fascynacje i punkty drażniące zdają przeważnie relacje warte wysłuchania, często naświetlając miejsca, które do tej pory kryły się przed naszym wzrokiem.

2

 

[1] Terminy zaczerpnięte z książki P. Bayardq Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, PIW, Warszawa, 2008 r.,

[2] P. Bayard, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, PIW, Warszawa, 2008 r., 20 s.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz
Follow my blog with Bloglovin